Open quote is expected for attribute "attribution" associated with an element type "div".

Cytat dla Ciebie

Polecany post

Uzananie

niedziela, 29 listopada 2020

Uprowadzony.

 



"Małe sekrety"

Jennifer Hillier




narodowość autora:
Kanada



Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2020 (premiera: 12 listopada)
Liczba stron: 447













***

Dziękuję wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzencki.

„Małe sekrety” autorstwa Jennifer Hillier z początku może wydawać się być najzwyklejszą powieścią bazującą na uprowadzeniu dziecka, widzianą oczami z jednej strony roztrzęsionej, na skraju załamania, natomiast z drugiej bardzo zdeterminowanej by walczyć o swojego syna matki. Wkrótce jednak okazuje się, że nie tylko motywem przewodnim jest popełnione przestępstwo na czteroletnim Sebastianie, ale także misternie utkane intrygi, kłamstwa małżeńskie, tajemnice te duże i te małe.

Sprawia to, iż książkę Pani Jennifer Hillier można nazwać bez skrupułów przedstawicielką nurtu domestic noir, jest to tak zwana kobieca odpowiedź za wszelkie krzywdy wyrządzone im samym. Jak same nazewnictwo wskazuje, domestic oznacza, że coś dzieje się w domu, rodzinie, przeważnie fabuła toczy się tylko i wyłącznie w najbliższym otoczeniu, natomiast noir przypisuje się znaczenie wszelkiej maści zagrożenia przeszłego i teraźniejszego. Nie znajdziemy tutaj zatem krwawej jatki, a zamiast tego autorka ukazuje dokładny opis stanu psychicznego głównej bohaterki, który potrafi być niekiedy bardziej przerażający, niż przemoc fizyczna.

Jennifer Hillier – kanadyjska pisarka, przez osiem lat mieszkała w Stanach Zjednoczonych, w Seattle, gdzie też odbywa się fabuła powieści „Małe sekrety” ( 12 listopada 2020, wydawnictwo Muza). Na chwilę obecną mieszka w Toronto wraz z mężem i synem. Jej idolem wśród pisarzy jest Stephen King. Pisarka należy do organizacji, której misja jest zrzeszanie autorów tworzących kryminały, takich jak: Crime Writers of Canada, Mystery Writers of America, oraz International Thriller Writers.

Marin Machado ma wszystko co jest potrzebne do pozornego szczęścia: udane małżeństwo, z mężczyzną, którego kocha na zabój, sieć świetnie prosperujących salonów do stylizacji włosów, oraz długo wyczekiwanego, czteroletniego synka - Sebastiana, dla którego dobra zrobiłaby dosłownie wszystko, łącznie z oddaniem za niego własnego życia. Pewnego świątecznego dnia sielanka rozwala się na milion kawałków, a wszystko to za sprawą odebrania matce tego co dla niej najdroższe – jej dziecka, które zostaje uprowadzone. Szesnaście miesięcy później, nadal nie ma żadnych wieści odnośnie popełnionej zbrodni, a samo śledztwo zostaje umorzone na skutek braku dowodów.

Pogrążona w ogromnym smutku, żalu i złości Marin myśli o najgorszym -śmierci dla siebie. Żeby tego było mało, sypie jej się małżeństwo, a od wynajętej prywatnie detektyw, która miała pomóc w odnalezieniu jej syna, dowiaduje się, iż Derek – jej mąż zdradza ją z dużo młodszą od siebie dziewczyną. Ta wiadomość sprawia, że zraniona kobieta chce walczyć, nie zamierza stracić dwóch najważniejszych dla siebie osób na tym świecie. Już jedna strata wyrządziła wystarczające szkody na jej psychice. Zdeterminowana Marin postanawia stanąć do batalii z przeciwnościami losu… Czy uda jej się osiągnąć to czego najbardziej pragnie?

„Małe sekrety” ukazuje jakie konsekwencje potrafi za sobą nieść chwila nieuwagi, która jest jakże istotna w przypadku wyjścia z małym, ciekawym świata dzieckiem. Fabuła jest banalna, przewidywalna, nic ciekawego, nie przykuwa uwagi na dłużej. Typowy scenariusz nieradzącego sobie z problemami rodzica i ucieczka w bardziej komfortowe środowisko, gdy druga strona toczy zaciętą walkę. Początek książki spodobał mi się, nawet zaintrygował, jednak im dalej w treści, tym wątek porwania zostaje coraz bardziej zepchnięty na drugie tory, a ja tym samym czułam się coraz bardziej zawiedziona.

Powieści zdecydowanie brakuje wartkości, bardzo ciężko było mi przebrnąć przez strony pełne opisów. Do stylu pisania nie mogę się przyczepić, bo ten jest przejrzysty, natomiast sama fabuła jest wielowątkowa, zwarta. Sądząc po opiniach, które już się pojawiły – w większości zresztą bardzo pochlebne, zastanawiam się, czy otrzymałam ten sam egzemplarz. Ku mojemu niedowierzaniu, tak, to jest ta sama książka. Robiąc pierwsze podejście (a było ich wiele) do pasma przygód Marin i jej rodziny miałam wrażenie, że to właśnie będzie TO. Jednak jak szybko się nakręciłam, tak prędko się odkręciłam. Według mnie potencjał książki został całkowicie zaprzepaszczony. Szkoda, bo początek był naprawdę obiecujący. Coś nie „zagrało” u mnie. Nie polecam.

mylivesignature-1

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza